Dwa słowa o obniżeniu ratingu Polski przez S&P

W zeszły piątek około godziny 18 agencja ratingowa Standard&Poor’s podjęła decyzję o obniżeniu ratingu Polski z A- do BBB+. Rating ten jest oceną wiarygodności kredytowej kraju i jego atrakcyjności dla inwestorów. Jako że miało to miejsce już po zamknięciu sesji giełdowej, nasz parkiet zareagował dopiero w poniedziałek – niemal trzyprocentowym spadkiem. Jednak reakcja złotego była natychmiastowa – kurs euro skoczył natychmiast o kolejne 8 groszy, po tym, jak w ciągu dnia wzrósł o 3, do poziomu jaki ostatnio obserwowaliśmy w 2009 roku – 4,49 zł za euro. Dolar umocnił się o 0,05 zł.

Btw, kursy obu walut w dniu obniżenia ratingu przez S&P były na swoich oporach technicznych i testowały maksima – więc wyprzedaż złotówki trwała od jakiegoś czasu, co może świadczyć o tym, że smart money już wcześniej zaczęły ucieczkę z naszego rynku.

W internecie zawrzało. Politycy zaczęli tłumaczyć, że obniżenie ratingu to decyzja polityczna, a perspektywy naszego kraju są wciąż świetlane. Internauci odgrzebali przypadek, gdy S&P „pomylił się”, przyznając A bankowi Lehman Brothers na dzień przed upadkiem (Za błędne ratingi, którymi sugeruje się większość liczących się instytucji finansowych na świecie, agencja taka nie ponosi właściwie żadnej odpowiedzialności – zawsze mogą powiedzieć „sorry, pomyliliśmy się”). Niektórzy zwrócili uwagę, że pozostałe agencje ratingowe – Moody’s i Fitch – jednak utrzymały rating A- dla naszego kraju. Ja chciałbym natomiast zwrócić uwagę dwie kwestie.

Z jednej strony, agencje ratingowe i banki grają w jednej drużynie. Te drugie płacą pierwszym za wydawanie korzystnych dla nich ratignów – co widać na przykładzie wysokich rekomendacji dla amerykańskich śmieciowych obligacji hipotecznych, które wywołały kryzys finansowy w 2008 (przy okazji – polecem film The Big Short). A perspektywy dla banków w Polsce, odkąd rządzi PiS, nie wyglądają różowo. Podatek od aktywów bankowych, planowane przewalutowanie kredytów walutowych po niekorzystnym dla banków kursie, to tylko te wiadome, lub wdrożone plany PiSu – a nikt nie wie, co jeszcze mają w zanadrzu lub co przyjdzie im do głowy.

Po drugie, giełda jest jednym z lepszych wskaźników wyprzedzających koniunkturę gospodarczą. Patrząc na trwające od pół roku spadki, można wywnioskować, że w naszej gospodarce nie dzieje się najlepiej. Owszem, spadają też rynki zagraniczne (głównie przez spowolnienie w Chinach), ale one przynajmniej pobiły rekordy z 2007 i można było tam mówić o hossie. U nas niestety po rozmontowaniu OFE przez rząd Tuska na rynku zabrakło popytu. Inwestorzy indywidualni nie są w stanie go napędzić, przez co od lutego 2014 rynek znajduje się w męczącym trendzie bocznym. Zagranica też powoli się wycofuje, co widać po spadającym kursie PLN wobec walut. Dodatkowo ostatnio środowisko polityczne nie jest sprzyjające dla biznesu. Finansowanie nierentownych sektorów przez spółki z udziałem Skarbu Państwa? Pomysły na nowe podatki, które sfinansują obietnice wyborcze? Czemu nie. W dodatku ponad jedna czwarta WIGu to banki, a te są w trendzie spadkowym odkąd… Andrzej Duda wygrał wybory prezydenckie. W kontekście powyższego obniżenie ratingu Polski przez S&P nie powinno dziwić – odzwierciedla ono po prostu spadek atrakcyjności inwestycyjnej polskich aktywów.

WIG 5 lat

może to zwykły zbieg okoliczności, nie wiem 🙂

Ratingiem niestety sugerują się inwestorzy instytucjonalni biorąc pod uwagę ewentualny zakup polskich papierów wartościowych. Część funduszy tzw. bezpiecznych wykluczy zatem zakup polskich obligacji lub akcji spółek z GPW, a co niektórzy będą zmuszeni je wyprzedawać, co z kolei pogłębi spadki aż do momentu, gdy wyceny staną się atrakcyjne. Nie wróży to zbyt dobrze bykom na naszym parkiecie. Między innymi z tego powodu na razie zamierzam trzymać pozycje krótkie, na których „siedzę” od mniej więcej października. A każdemu, kto woli trzymać się z dala od kontraktów, proponuję akumulowanie gotówki – pamiętajmy, bessa stwarza niesamowite okazje.

Leave a Response