Czy Polskę czeka kryzys w stylu greckim?

Niektórzy z nas pamiętają zapewne wypowiedzi Jacka Rostowskiego z 2008 roku mówiące, że w Polsce nie będzie kryzysu, który pół roku później stwierdził, że kryzys w Polsce już się skończył. Ale tak to już jest, że politycy mówią to, co wyborcy chcą usłyszeć, a wyborcy raczej nie chcą słyszeć że jest kryzys. Dodatkowo, w przypadku wzrostu gospodarczego prawie zawsze ekipa rządząca uznaje go za swoją zasługę, a winą za recesję obarcza poprzednią ekipę. 

Obecnie sytuacja w kraju nie wygląda ciekawie. Co prawda Polska jako jedyny kraj uniknęła spadku PKB w 2009 roku (słynna „zielona wyspa”, pamięta ktoś?), ale było to wyłącznie dzięki sporej dawce szczęścia – spadek złotówki na przełomie 2008/2009 wzmocnił nasz eksport. Popyt wewnętrzny nie jest u nas chyba tak silny jak się mówi w mediach – zresztą, większość cen jest na poziomie zachodnioeuropejskim, a zarobki niestety należą do najniższych w Europie (zaraz po Bułgarii i Rumunii), więc siła nabywcza społeczeństwa nie jest na tyle silna, aby utrzymać gospodarkę. Skoro jesteśmy przy zarobkach – średnia krajowa na poziomie 3600 zł wygląda ładnie na papierze, ale pamiętajmy, że kwota brutto to fikcja – tak naprawdę pracownik jej nie dostaje, pracodawca jej nie płaci. W kwestii zarobków netto myślę, że jesteśmy na szarym końcu.

Prognozy PKB sporządzane przez ekonomistów przewidują spowolnienie wzrostu PKB w najbliższym roku. Bezrobocie jest obecnie o 1pp wyższe od poziomu sprzed roku, i aż o 3pp wyżej od tego w szczycie koniunktury w 2008. Prognozy sporządzone na potrzeby rządu (w statystykach wszystko musi ładnie wyglądać, żeby się budżet zamknął… z mniejszą dziurą) zakładają wyższy wzrost i bezrobocie na stałym poziomie. Wniosek – bez dodatkowych oszczędności deficyt budżetowy będzie wyższy niż przewidywano. Aby domknąć budżet, Polska zwiększy podatki do poziomów porównywalnych w krajach skandynawskich, co dodatkowo zmniejszy siłę nabywczą społeczeństwa. Niestety, „święte krowy” w administracji publicznej, 35-letni emeryci mundurowi i górnicy będą nietykalni – w końcu rząd musi zadbać o elektorat…

Społeczeństwo ma pewne granice wytrzymałości na zwiększanie poziomu obciążeń podatkowych (krzywa Laffera), które już są dość wysokie jeśli weźmiemy pod uwagę wszystkie parapodatki (składki na ZUS, NFZ itp). Myślę, że dalsze zwiększanie podatków przyspieszy emigrację oraz spowoduje ucieczkę kapitału za granicę (w dzisiejszych czasach „tania siła robocza” to zbyt mało, aby zachęcić zagraniczne firmy do inwestycji), co dodatkowo zwiększy bezrobocie. Dzięki temu dziura w budżecie powiększy się, zwiększając tym samym zadłużenie, które już sięga konstytucyjnego progu 55% PKB. Polskie obligacje skarbowe osiągną rentowność zbliżoną do greckich. Z jedną różnicą – Polska nie jest w strefie euro, więc na bailout w stylu greckim bym nie liczył.

Wzrost cen surowców spowodował zwiększenie inflacji, zwłaszcza cen żywności, która stanowi większość wydatków uboższej części społeczeństwa. W najgorszej sytuacji znajdą się więc emeryci (ale nie górnicy) i renciści, którzy już ledwo wiążą koniec z końcem (średnia emerytura to 1700 zł), a rząd zmuszony równoważyć budżet wstrzyma im waloryzację świadczeń.

Moim zdaniem kryzys pogłębi się wraz ze wzrostem bezrobocia i osłabieniem się złotówki. Uderzy to w posiadaczy kredytów hipotecznych – zarówno w złotych, jak i walutowych. Tych pierwszych dobije RPP podnosząca stopy procentowe w walce z inflacją, drugich – drożejące waluty (frank? euro?). Przeciętna rodzina mieszkająca „na swoim”, zmuszona do utrzymania się z jednej pensji, stając przed wyborem czy kupić za tę pensję żywność, czy zapłacić czynsz i ratę kredytu, wybierze raczej to pierwsze. Tutaj widzę dwa scenariusze: czekają nas masowe eksmisje i spadek cen mieszkań, albo kłopoty finansowe banków z niewypłacalnymi dłużnikami (być może pójdzie w ruch ustawa o upadłości konsumenckiej). Większość polskich banków jest własnością banków zachodnich, więc na masowe bankructwa bym nie liczył, ale możemy być świadkami ciekawych fuzji lub przejęć w tym sektorze. Kłopoty za to mogą mieć firmy deweloperskie (być może rynek już to zdyskontował).

Oczywiście powyżej jest tylko jeden ze scenariuszy wydarzeń (ten najbardziej pesymistyczny) i można się z nim zgadzać lub nie. Trudno jednak wyobrazić sobie, że najbliższe wybory wygra partia, która zmniejszy zadłużenie, obniżając jednocześnie podatki, co ściągnie do nas inwestorów zagranicznych, dzięki czemu polska gospodarka będzie rosła w siłę a obywatelom będzie żyło się dostatniej 🙂 Gospodarka to co prawda system naczyń połączonych, ale myślę, że jest o wiele łatwiejsza do prognozowania niż giełda, bo w największym stopniu wpływa na nią sfera realna, a w znacznie mniejszym psychologia.

Osobiście jakoś ciężko mi znaleźć powody, dla których Polskę miałby ominąć scenariusz grecki. Jeżeli czyta to jakiś ekonooptymista, poproszę o komentarz z opisem scenariusza alternatywnego

Leave a Response